karuzela

sobota, 5 grudnia 2015

Jak NIE dotarłam na plażę w Katanii.

Katania przywitała nas dużym zachmurzeniem i deszczem. Oczywiście, planując wakacje na przełomie września i października liczyliśmy się z tym, że może popadać, ale nie spodziewaliśmy się kilkudniowego oberwania chmury. Okazało się, że w trakcie naszego pobytu, na Morzu Śródziemnym utworzył się bardzo rzadko spotykany w tym regionie cyklon. Ów cyklon spowodował bardzo tragiczne w skutkach powodzie na leżącej niedaleko Sardynii. Sycylia oberwała rykoszetem i szczęście w nieszczęściu skończyło się "jedynie" na bardzo dużym zachmurzeniu, silnym wietrze oraz intensywnych opadach deszczu.

Taka aura skutecznie zniechęcała do większego eksplorowania wyspy - bo któż lubi zwiedzać, gdy mu na głowę leje się woda. Deszczową pogodę mieliśmy przez pierwsze trzy dni naszego wyjazdu. Gdy w końcu się wypogodziło, czas było jechać dalej, na zachód wyspy, gdzie mieliśmy wykupiony kolejny nocleg. Rzutem na taśmę, postanowiliśmy ostatniego dnia wybrać się na plażę. Właściciel naszego mieszkania powiedział, że mamy do wyboru dwie lokalizacje. Pierwsza z nich to wulkaniczna plaża z czarnym piaskiem będąca swego rodzaju "pamiątką" po wybuchu wulkanu z 1669 roku, kiedy to lawa dosięgła portu i wdarła się aż do morza, totalnie niszcząc miasto. Znajduje się w odległości 3 km od centrum przy ulicy Via San Giovanni Li Cuti. Można tam dotrzeć autobusem odjeżdżającym z dworca centralnego. Druga to "normalna" publiczna plaża z białym piaskiem. Jako że znajdowała się trochę bliżej wybraliśmy właśnie ją. Ponieważ lubimy spacerować, postanowiliśmy udać się tam pieszo. Poza tym autobus dowożący w rejon publicznej plaży zakończył sezon dwa dni wcześniej, czyli 1 października.
W drodze na plażę - okolice portu
Według mapy miasta, publiczna plaża w Katanii znajduje się 2 km od centrum. Przeliczając na średnie tempo marszu, stwierdziliśmy, że po około 25 minutach powinniśmy być na miejscu. Niestety, jak się okazało, droga wcale nie była taka prosta. Brak chodników, przejść dla pieszych (co łączy się z przebieganiem przed maskami samochodów przez bardzo ruchliwą kilkupasmówkę) oraz niczym nieoznaczone ślepe uliczki spowodowały, że dopiero po 40 minutach znaleźliśmy się w okolicy plaży. Co więcej, rejon po jakim przyszło nam się poruszać również nie zachęcał do eksplorowania. Była to chyba najgorsza i najbiedniejsza dzielnica Katanii. Smród, brud i malaria. Strach było wyciągnąć aparat, więc zdjęć nie posiadam. Musicie mi uwierzyć na słowo.
Gdy w końcu dotarliśmy na ulicę Kennedy'ego okazało się, że nie jesteśmy w stanie zlokalizować wejścia na plażę, która od ulicy była oddzielona prywatnymi, pozamykanymi o tej porze roku posesjami. W dodatku, na głównym deptaku prowadzącym na plażę, natrafiliśmy na małe koczowisko uchodźców. Obóz składał się ze starych przyczep kempingowych, wokół których piętrzyły się sterty ubrań oraz śmieci. Do tego, gdziekolwiek spojrzeć, biegały hordy bezpańskich psów. W tej sytuacji strach i obawa o własne bezpieczeństwo wygrały nad chęcią potaplania się w wodzie. Zrezygnowani wróciliśmy z powrotem do miasta, a Katania jeszcze bardziej zniechęciła nas do siebie.

Wielkie polowanie na ulicach Katanii
Niestety Katania nie przypadła nam do gustu. Wręcz przeciwnie, pozostawiła po sobie niesmak i skutecznie zniechęciła do ponownego odwiedzenia. Wyjeżdżając następnego dnia w dalszą podróż, na zachód wyspy, byliśmy przeszczęśliwi, że wydostajemy się z tego ponurego i odpychającego w naszych oczach miasta. Jedyne, czego żałujemy, to że nie udało nam się wejść na Etnę, która była jednym z głównych powodów, dla których wybraliśmy wczasy na Sycylii. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Na pocieszenie zostały nam zdjęcia wulkanu robione zza okna autokaru.

Etna z okna autokaru
Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia